W przypadku Ryb jest to decyzja bardzo trudna, bo wahają się one i zmieniają zdanie. Nie potrafią pozbyć się także sentymentów do przeszłości. Zakochana Ryba to euforia, romantyzm i szczęście. Gorzej, kiedy okaże się, że związek nie spełnia ich oczekiwań. Wtedy, bez względu na wszystko, potrafią porzucić partnera. Gość gość. Nie przejmuj się i pokaż co jesteś warta :) Na moim blogu znajdziesz informacje o tym jak zacząć pracować dodatkowo, gdzie nikt nie stoi nad Tobą, nie ma mobingu i sama sobie Battista twierdzi, iż sygnalizuje to, że nie udało mu się zbudować poprawnej relacji lub jeszcze nie może uporać się z poprzednim związkiem, dlatego skupia się na tym, czego musi unikać. Z drugiej strony jeśli mężczyzna otwarcie przyznaje, czego oczekuje od swojej ukochanej, to oznacza, że jest zainteresowany poważnym związkiem. Najważniejsze jest to, by podczas decyzji kierować się zainteresowaniami i upodobaniami naszego partnera – w ten sposób zyskamy pewność, że prezent będzie trafiony w dziesiątkę. Poniżej zebraliśmy inspiracje, które mogą pozwolić znaleźć idealny prezent dla męża niezależnie od okazji. 1. Kolorowe skarpetki – prezent dla . 21 lip 20 17:40 Ten tekst przeczytasz w 14 minut W pozwie napisał, że zapomniałam odebrać sukni ślubnej z pralni i jestem feministką, więc nie nadaję się na żonę – tak mój mąż prosił sąd metropolitalny, by stwierdził nieważność naszego małżeństwa. I rzeczywiście, Kościół ją stwierdził, ale z winy… mojego męża i teściowej – wspomina Anita. Foto: Shutterstock "Rozwód kościelny" to błędne określenie. W kościele katolickim istnieje tylko stwierdzenie, że ślub był nieważnie zawarty *To był jeden z najchętniej czytanych przez Was materiałów w 2020 r. Ślub postanowiła unieważnić teściowa, to ona namówiła męża. „Katolicy z dziada pradziada, jak się chwalicie, a ślub kościelny unieważniacie?!” – roześmiałam się. Wkrótce w skrzynce znalazłam awizo Sąd metropolitalny pytał mnie, czy zgadzam się, że moje małżeństwo „zostało nieważnie zawarte, bo z przyczyn natury psychicznej nie mogłam podjąć obowiązków żony”! – myślałam, że oszaleję. Czułam się, jak bohater „Procesu” Kafki Stary ksiądz wysłuchał mojej historii. „Nie martw się dziecko. Dla ciebie lepiej, że się rozstaniecie. Takie związki to gehenna dla kobiet. Wiele już się podobnych historii od kobiet w tym pokoju nasłuchałem”. Byłam w szoku. Kościół z patriarchalnego zmienia się w feministyczny?! Odpowiadałam chyba na sto pytań. O to, jak długo znaliśmy się przed ślubem, o to, czy Wojtek w seksie mnie do czegoś przymuszał, w jakich okolicznościach odbyły się oświadczyny, czy zgodziłam się szczerze, czy głupio mi było odmówić, czy mieliśmy okazję do wyjazdów, na których mogłam zobaczyć, jak mąż zachowuje się w warunkach innych, niż codzienne, jak często widywał się ze swoją mamą, czy zauważyłam, żeby miał skłonności do alkoholu i hazardu Fragment wyroku brzmiał: „Sąd przesłuchał strony oraz świadków. Zasięgnięto opinii biegłego sądowego psychologa. Wyrokiem z dnia (…) została udowodniona nieważność tego małżeństwa z tytułu: niezdolności do podjęcia istotnych obowiązków małżeńskich z przyczyn natury psychicznej (kan. 095 n. 3 KPK)” Ta miłość to był piorun sycylijski – kliknęło od pierwszego wejrzenia. Dosłownie kliknęło, bo poznali się na przez internet. Tinder czy Sympatia? Tę kwestię utajniamy, na prośbę bohaterki tego tekstu. Ślub wzięli po roku znajomości. Gdyby przeczytali „Psychologię miłości” Wojciszki, wiedzieliby, że to była jeszcze faza ostrego pożądania i strzałów hormonów, które zalały mózg jak amfa i morfina razem wzięte. Generalnie wzięli ślub na totalnym haju. A potem przyszła proza życia. "Hallelujah", "Ave Maria" i Golec uOrkiestra Anita i Wojtek (imiona również zmienione) dobrali się na zasadzie kontrastu. On introwertyk, ona – artystka, skrzypaczka. Ślub wzięli w górskiej kaplicy – skromny – tylko ksiądz, rodzice, świadkowie i 20 znajomych. Za to oprawa była z rozmachem, no i też romantyczna – grali koledzy Anity z orkiestry, dogadali się też z muzykami z góralskiej kapeli. Była więc i klasyka – "Ave Maria" Schuberta, marsz Mendelsohna, ale i „Hallelujah” Cohena, „Ściernisko” Golec uOrkiestra, „Prawy do lewego” Kayah i Bregovića. Tydzień po weselu wystartowali z krakowskich Balic w podróż poślubną. Wylądowali w Lizbonie. Klimaty jak z filmów Wendersa, skrzypiące tramwaje, spacer nadbrzeżem, zapach portowego miasta. Magia. Przerwana pierwszym zgrzytem. Ona chciała siedzieć w tawernie i gapić się na lokalsów, a on zwiedzać z przewodnikiem Pascala w ręce. Drugi zgrzyt – telefony od mamy. Jego, nie jej. – Teściowa zadzwoniła, gdy jeszcze ich noga nie postała na płycie lotniska. Dosłownie – schodziliśmy po schodkach z samolotu. Pytała mojego męża, czy nie przewiała go klimatyzacja. Kocham Cię, chcę mieć z Tobą dom i dziecko To, że jej facet jest uzależniony od mamy, były widać już na starcie. Zaślepiona miłością, a raczej seksem, przegapiała sygnały hurtowo. – Po pierwszej randce Wojtek napisał mi e-maila: „Kocham Cię. Chcę mieć z Tobą dom i dziecko”. Potraktowałam to jako komplement, zresztą faceci dotąd szybko dawali mi znać, że wiążą ze mną plany na długo, więc się nie zaniepokoiłam, że chłopak nadaje za szybkie tempo – opowiada Anita. – Napisał też, że zbuduje dom – bliźniak. Druga połówka miała być dla jego mamy, bo będzie musiał się nią kiedyś zaopiekować na starość. Mama Wojtka była wtedy singielką po "50", więc sprawa wydawała mi się odległa. I wydawało mi się też urocze, że facet jest taki rodzinny – wspomina Anita. Na ślubie kolejny zgrzyt – teściowa składa Anicie życzenia chwilę po wyjściu z kościoła. Brzmią tak: „Co ja teraz zrobię bez swojego Wojtusia?!” . – Uznałam, że to przegięcie, pożaliłam się potem mamie, ale powiedziała, żebym była wyrozumiała dla teściowej, jest samotna, a Wojtek jest jedynakiem, więc nic dziwnego, że są zżyci – opowiada Anita. Dzień po ślubie teściowa pierwszy raz „mdleje” w centrum Krakowa. – „Mama dzwoniła, prosiła, żebym przyjechał zmierzyć jej ciśnienie. Zasłabła pod Sukiennicami. Musiała usiąść na chodniku, nie doszła do ławki” – mówił mi mąż. Byłam przerażona. „O Boże, nikt nie wezwał pogotowia?! Siedzi na ulicy?!” – krzyknęłam. Ale Wojtek powiedział, że już jest w domu – doszła do samochodu, wsiadła i przejechała ponad 100 km – mieszka pod Krakowem. Wkurzyłam się, palnęłam: „Niepotrzebnie cię straszy. Skoro dojechała sama, to nic jej nie jest”, za chwilę tego pożałowałam, bo mąż spojrzał na mnie, jakbym chciała zabić mu matkę. Zganiłam się w myślach za nietakt i cynizm – mówi. Teściowa chciała jechać z nami na urlop Co wiedziała o mężu przed ślubem? Niewiele. Że jest inżynierem (zawód zmieniony na prośbę bohaterki tekstu - red.). I że pochodzi z inteligenckiej, katolickiej rodziny. – Ja też z takiej pochodzę, tylko że nie podkreślam tego jak Wojtek, który ze trzy razy wtrącał w jakiejś rozmowie, że „moja rodzina jest katolicka z dziada pradziada”. Czwarty zgrzyt. Pół roku po ślubie mieli spędzić pierwszy wspólny urlop od czasu podróży poślubnej, ale ta była tylko przedłużonym weekendem, bo nie mogli zgrać grafików w pracy. – Mój mąż oznajmił, że jego mama chce pojechać z nami. W pierwszej chwili myślałam, że to żart. Mąż mówił, że też wolałby być sam ze mną, ale że mama nie ma z kim jechać, jej koleżanki już wykorzystały urlopy, no i że jego mama „mówiła, że chce poznać lepiej swoją synową”. Postawiłam się wtedy i pojechaliśmy sami. Tylko że przez cały pobyt nad morzem na ekranie komórki Wojtka parę razy dziennie pulsowały czerwone serduszka – znak, że dzwoni jego mama – mówi Anita. Pojechali do Juraty. Wojtek mówił, że zna tam supermiejscówkę, klimatyczny pensjonat. Anita oponuje, uważa, że to miejsce dla podstarzałych lowelasów w kabrioletach, którym dają się wyrywać dziewczyny z nadmuchanymi ustami i nadmuchanym biustem. „To wspaniały przedwojenny kurort!” – przekonuje teściowa. Anita żartuje, że wojna dawno się skończyła, ale ani Wojtek, ani teściowa nie kupują jej żartu. Pierwszy dzień w Juracie. – Otworzyła nam drzwi właścicielka pensjonatu i powitała nas mniej więcej takimi słowami: „Witam, panie Wojtku! Przygotowałam panu ten sam apartament co zwykle, najlepszy! W to lato z dziewczyną, już nie z mamą?”. Myślałam, że padnę. Okazało się, że mój mąż spędzał tu każde wakacje razem z mamą. Od ponad 10 lat. W nocy nie mogłam zasnąć, sprawdzałam, czy „małżeńskie” łóżko to po prostu jedno wielkie, czy może dwa zsunięte. Okazało się, że dwa. Zastanawiałam się, czy były rozsunięte, gdy przyjeżdżał tu z mamą. Pierwszej nocy nie było seksu. Mąż spał wtulony się we mnie. I nie byłam pewna, czy on przytulał się bardziej jak niemowlak do mamy, czy jak do kochanki. Przypomniał mi się obraz Fridy Kahlo, jak karmiła piersią własnego męża miniaturowych rozmiarów. W czasie tego wyjazdu, a trwał dwa tygodnie, kochaliśmy się tylko 2 razy. Nie wiem, czy to ja wysyłałam takie odstręczające sygnały, czy może mąż w miejscu, gdzie tyle czasu spędzał z mamą, poczuł się aseksualnie. Tak czy siak, wtedy jeszcze nie wiedziałam, ale to był początek końca mojego małżeństwa. Rozwód cywilny nie wystarczył, mąż chciał unieważnić ślub kościelny Po powrocie do Krakowa zaczęły się kłótnie. Poleciała cała seria. O wszystko. Mąż zaczął drażnić Anitę wszystkim, tak jak i teściowa. Zaczęła mieć na męża i jego mamę alergię. A oni na nią. – Nie miałam pojęcia, że dom mojego męża był nie tylko inteligencki i katolicki, ale i totalnie patriarchalny. W pierwszą rocznicę ślubu usłyszałam od Wojtka coś w stylu: „Mam żonę, a życie mi się nie zmieniło. Wciąż sam sobie sprzątam, piorę, prasuję i robię herbatę”. Zaczęłam krzyczeć, że jest pie*dolonym patriarchalnym du*kiem. Wrzeszczałam: „Jestem twoją żoną! Ale nigdy nie będę matką ani służącą! Znasz moją definicję żony? To najlepszy przyjaciel i kochanka w jednym. Przyjaciel, który skoczy za tobą w ogień i namiętna kochanka, ale taka, która nie rzuci cię, gdy zostaniesz impotentem. Choć tym drugiem to już się właściwie stajesz!”. Wojtka zamurowało. Wyszeptał, powstrzymując płacz: „Nie szukam przyjaciela ani kochanki. Chciałem mieć żonę! Nawet mama mówi, że ty nie masz instynktu kobiecego”. Wojtek żali się mamie, że z Anitą ciągle się kłócą. A ta pociesza go: „Nie martw się, znajdziemy ci nową żonę”. – Powtórzył mi to, potem przeprosił, powiedział, że miał nadzieję, że mną wstrząśnie, i że zrozumiem, że on też cierpi. Nawet próbowałam, ale nie na wiele to się zdało. Nasz kryzys był już dramatyczny – wspomina Anita. „Unieważnię z tobą ten cholerny ślub kościelny, po ch*j go w ogóle brałem. Nie wiem, czy w ogóle są przesłanki do unieważnienia ślubu kościelnego, bo seks mieliśmy, małżeństwo zostało skonsumowane. I nie ukryłaś przede mną schizofrenii, alkoholizmu ani bezpłodności... Ale mama mnie pociesza, że wszystko można załatwić. Znalazła przez internet prawnika, który powiedział, że za 10-20 tys. podejmie się sprawy, i że powinna być prosta. Pochwalił się, że dzięki niemu jeden klient miał uznane za nieważne już dwa małżeństwa, ma trzecią żonę – wreszcie udaną” – Wojtek podekscytowany opowiadał Anicie o swoich, a bardziej jego mamy, planach. – Katolicy z dziada pradziada, a ślub chcecie unieważnić?! – roześmiałam się. Ale Wojtek tylko wzruszył ramionami. Katolik nie katolik, to nie ma nic do rzeczy. A zresztą ty i tak nie chodzisz do kościoła w niedzielę, Wielkanoc i Boże Narodzenie to twoje dwa wyjścia w roku, więc co cię to obchodzi – powiedział mi mąż – opowiada Anita. W ciągu najbliższych tygodni Anita w skrzynce znalazła awizo. – Sąd metropolitalny pytał, czy zgadzam się, że moje małżeństwo „zostało nieważnie zawarte, bo z przyczyn natury psychicznej nie mogłam podjąć obowiązków żony”! – myślałam, że oszaleję. Czytałam jakiś paranoiczny „akt oskarżenia”, czułam się, jak bohater „Procesu” Kafki. Stary ksiądz okazał się feministą Na Messengerze Anita wysłała zrzut tego pisma kościelnego niemal do trzech koleżanek. Ewa, najbliższa przyjaciółka nie wyświetliła. – Wytrzymałam dwie minuty i zadzwoniłam, wykrzyczałam jej te rewelacje. Spotkałyśmy się natychmiast w Caffe Nero pod moim domem, przeszukiwałyśmy internet, żeby przeczytać co się da o rozwodach kościelnych. Okazało się, że to nie żaden „rozwód”, bo w Kościele katolickim, inaczej niż w protestanckim, rozwodów nie ma. Są tylko „stwierdzenia nieważności”, czyli ustalenie, że małżeństwo było nieważne w momencie zawierania – wspomina. Dlatego w procesie chodzi tylko o to, by zbadać wszystko, co było przed ślubem. Stwierdzić, czy nikt nie zawarł małżeństwa pod presją, I czy obie strony miały dojrzałą osobowość. I były świadome, na co się piszą – małżeństwo to nie tylko przyjemności, ale ciężka harówka, obowiązki i wierność aż do śmierci. Na stronie jednej z parafii, która „wyskoczyła” jako ta, która zajmuje się „duszpasterstwem trudnych małżeństw”, był kontakt do księdza, który pracuje w sądzie metropolitalnym właśnie i bierze udział jako biegły w procesach o stwierdzenie nieważności. – Dwa tygodnie później pojechałam do kościoła, w którym miał dyżurować ten ksiądz. Wątpiłam, czy go zastanę. Podejrzewałam, że to taki „dyżur” tylko w grafiku, a jak przyjadę, to pocałuję klamkę. Bo to był dyżur dwa razy w miesiącu, między godz. 18 a 20 – wspomina Anita. Budynek klasztorny przy kościele, mroczne korytarze. Na ich końcu gabinet, w którym dyżur ma mieć ksiądz – ekspert od ślubów kościelnych nieważnie zawartych. Ciemny pokój, ciemne drewno, regały aż po sufit wypełnione starymi książkami, wiele w skórzanych okładkach. Za wielkim biurkiem siedział stary, siwy ksiądz, w okularach. Zapytał, z czym przyszła. Opowiedziała całą historię małżeństwa, żaliła się na absurd, w jakim się znalazła. Na to, że mąż i teściowa postanowili się jej pozbyć. – Powiedziałam, że dostałam to chore pismo z sądu metropolitalnego, i nie wiem, co mam robić. Bo boję się, że oni zapłacą jakiemuś prawnikowi, który za kasę zrobi ze mnie wariatkę, i oprócz rozwodu efekt będzie taki, że mnie ubezwłasnowolnią, mąż zabierze mi kasę i wpakuje do psychiatryka – wspomina Anita. – Ksiądz zaczął mnie uspokajać. Zadał mi trochę pytań. Głównie o to, co było przed ślubem. Ile się znaliśmy, jak zachowywał się Wojtek, a jak jego mama. Czy z nią wtedy mieszkał, czy często miał kontakt. Rozpłakałam się i zaczęłam przypominać sobie jedna po drugiej mega przykre rzeczy. I te wszystkie chwile, gdy teściowa wbijała mi szpilę albo gdy mój mąż dowalał mi ewidentnie pod jej wpływem. Było mi wstyd, że tu ksiądz, a ja zamiast epatować chrześcijańskim miłosierdziem i wybaczeniem, zieję jadem i nienawiścią do teściowej – wspomina Anita. – Gdy się popłakałam, ksiądz podsunął mi paczkę chusteczek. Przez głowę przemknęła mi myśl, że jestem w gabinecie terapeuty, jakiegoś starego psychoanalityka w typie Freuda, nawet chciało mi się z tego śmiać – opowiada. Ksiądz przeczytał pismo z sądu metropolitalnego, oddając je jej, uśmiechnął się, powiedział, żeby się tym nie przejmowała. „To małżeństwo rzeczywiście było nieważnie zawarte. Ale nie z twojej winy dziecko. Twój mąż jest patologicznie związany ze swoją mamą. Gdyby przepracował to na terapii, byłaby dla was szansa. Ale prawdopodobnie jest tak zapatrzony w siebie i przekonany o twojej winie za rozpad waszego pożycia, że tego nie zrobi. A to on ma tak silną więź ze swoją matką, z rodziną pochodzenia, że nie jest w stanie stworzyć prawdziwej więzi z inną kobietą – z żoną. A przecież jest napisane, że mężczyzna opuści swój dom i zostawi rodziców i złączy się z kobietą tak mocno, że staną się jednym ciałem”. Dodał, że jeśli mój mąż nic z relacją z mamą nie zrobi, to jego kolejne małżeństwa też będą nieważnie zawarte – wspomina Anita. – A najlepsze było na koniec – powiedział: „Nie martw się dziecko. Dla ciebie lepiej, że się rozstaniecie. Takie związki to gehenna dla kobiet. Wiele już się podobnych historii od kobiet w tym pokoju nasłuchałem” – mówi Anita. Wspomina, że wychodząc z tego spotkania, czuła totalną ulgę, jakby dostała skrzydeł. Że pozbyła się poczucia winy za rozpad małżeństwa, bo choć widziała absurdalne zachowania teściowej, winiła się za to, że nie była wobec niej – samotnej kobiety, bardziej wyrozumiała, cierpliwa, tolerancyjna. Jaki był seks, kto zmywał naczynia Czekał ją teraz proces w sądzie metropolitalnym. – Pocieszenie starego księdza to jedno, ale zmierzenie się w sądzie z mężem, teściową, sądem kościelnym, świadkami, których, jak powiedział mi ksiądz, mój mąż będzie musiał powołać, przerażało mnie – opowiada Anita. Przesłuchiwana była w budynku sądu przez kościelnego notariusza. – Odpowiadałam na chyba ze 100 pytań! – mówi. Były choćby takie: Jak się poznali; Jak wyglądała pierwsza randka; Czy coś w zachowaniu Wojtka ją zaniepokoiło; Czy rozmawiali o tym, jak widzą wspólną przyszłość; Czy poznała jego rodzinę, przyjaciół i jakie zrobili na niej wrażenie; Czy zauważyła, żeby Wojtek miał skłonność do nałogów; Czy któreś z nich mówiło, że nie chce mieć dzieci; Czy współżyli seksualnie przed ślubem; Czy Wojtek w seksie przymuszał ją do czegoś; W jakich okolicznościach odbyły się oświadczyny; Czy zgodziła się szczerze, czy raczej czuła, że potrzebuje czasu na decyzję, ale krępowała się powiedzieć „nie”; Czy często się kłócili; Na jakim tle najczęściej wybuchały kłótnie; Czy mieszkali ze sobą przed ślubem; Jak dużo czasu spędzili ze sobą przed ślubem; Czy mieli okazję do wyjazdów, na których mogła zaobserwować, jak jej mąż zachowuje się w warunkach innych niż codzienne; Czy zachowywał się odpowiedzialnie; Czy dzielił się z nią wszystkimi obowiązkami domowymi, czy były takie, których unikał i liczył na to, że ona się nimi zajmie; Czy nie przejawiał patriarchalnych zwyczajów, czy jego poglądy nie naruszały godności kobiety; Czy rozmawiali o tym, jakie małżeństwa tworzyli ich rodzice; Czy to były podobne domy, czy przeciwnie – wyrośli w innych systemach wychowawczych; Czy mąż dużo czasu spędzał z kolegami; Ile czasu spędzał na rozrywkach, czy mu towarzyszyła, czy wolał być wtedy sam i np. godzinami grał w gry przy komputerze; Jak często widywał się ze swoją mamą; Czy zauważyłam, żeby miał skłonności do hazardu Czy mąż stosował przemoc, i czy dopuścił się przemocy przed ślubem; Czy był wobec niej agresywny werbalnie, wulgarny; Czy rozmawiali o tym, czy w małżeństwie będziemy praktykować wiarę katolicką; Czy rozmawiali o tym, ile chcą mieć dzieci, czy od razu po ślubie, czy później, a także o tym, jak chcą je wychować? – Pamiętam tylko część, było tego dużo więcej. Naprawdę, w porównaniu z tym, ile zadano mi pytań, rozwód cywilny, to krótka piłka – mówi Anita. Do tego doszło jeszcze badanie przez biegłego psychologa. Rozmawiał osobno z nią i z Wojtkiem. Inaczej niż w sądzie cywilnym, wszystkie przesłuchania odbywały się osobno. – Nie spotkałam się w sądzie ani razu z moim mężem ani ze świadkami, których powołał. Wielka ulga! Jak czytałam, co mówili o mnie, roznosiła mnie wściekłość. Ja nie powołałam żadnego świadka, bo było mi wstyd, nie chciałam mieszać w to wszystko wspólnych znajomych. Mąż próbował ich wciągnąć, odmówili. Powołał trzech świadków – dwóch kuzynów, których widziałam na oczy tylko raz – na ślubie i… swoją mamę. Oszczędzę szczegółów, jakie argumenty, totalnie żałosne i na siłę, wyciągali – mówi Anita. Rozwód w Kościele, spowiedź i aperol Wspomina tylko, że Wojtek w pozwie napisał że „żona zapomniała odebrać sukienki ślubnej z pralni, co pokazuje, że od początku ślub miała za nic, a do tego jest feministką i za nic ma obowiązki domowe, więc średnio nadaje się na żonę”. – Ucieszyłam się strasznie, bo w aktach sądowych, do których po skończeniu procesu dostałam dostęp, przeczytałam, że księża, którzy badali sprawę, napisali, że moje feministyczne poglądy nie mają tu nic do rzeczy. Miałam satysfakcję, wyobrażając sobie, jak zdziwiona była teściowa, gdy to przeczytała – mówi Anita. Wyrok zapadł taki: „Przeprowadzając instrukcję sprawy sąd przesłuchał strony oraz trzech świadków. Zasięgnięto opinii biegłego sądowego psychologa. Wyrokiem z dnia (…) została udowodniona nieważność tego małżeństwa z tytułu: niezdolności do podjęcia istotnych obowiązków małżeńskich z przyczyn natury psychicznej po stronie powoda (kan. 095 n. 3 KPK)". Anka zeznając w sądzie, powiedziała też, że prawnik męża, nie widząc jej na oczy i nie znając jej wersji wydarzeń, powiedział mężowi i teściowej, że jest w stanie załatwić stwierdzenie nieważności za pieniądze. Wkrótce po procesie Anity i Wojtka strona internetowa prawnika zniknęła. Okazało się, że został zwolniony – sąd metropolitalny nie chciał mieć z nim już nic wspólnego. – To był szok. Nigdy wcześniej ani później, ani w pracy, ani w prywatnym życiu, nie miałam takiego poczucia, że sprawiedliwość zatriumfowała – mówi Anita. – Mąż szukał na mnie haków, a księża go wyśmiali. Wiem, że nie dosłownie, ale tak się czułam – nawet tak wydawało się skostniała, patriarchalna instytucja uznała, że feminizm nie ma nic do bycia żoną, za to maminsynek nie nadaje się na męża – dodaje. Potem była impreza rozwodowa. Ale nie żadne rozwalanie tortów, topienie w muszli klozetowej obrączki czy ukręcanie głowy figurce wyobrażającej męża. – To była impreza w gronie koleżanek, dwóch najbliższych kolegów też było. Poszliśmy do jakiejś przypadkowej knajpy na Plantach. Nie miałam w sobie żadnych nienawistnych uczuć, jak wiele kobiet po rozwodzie. Czułam ulgę, wolność, poszłam nawet, dwa dni przed tym, jak zapadł wyrok, do spowiedzi. Czułam się lekko, i trochę tak, jakbym kochała cały świat. Nawet do eksmęża i teściowej miałam jakieś ciepłe uczucia. Nie tylko dlatego, że wypiłam cztery aperole. To było duchowe przeżycie, czułam się inaczej, niż po wyjściu z sądu okręgowego, gdzie musiałam oglądać, jak teściowa, wkrótce była, musztruje mojego męża, wkrótce byłego, co ma mówić na sprawie, żeby mnie pogrążyć. Teraz nawet teściowej było mi żal, że nie dała sobie szansy na ułożenie życia po śmierci męża, że zafiksowała się w roli matki, bo pewnie chciała mu po śmierci ojca zastąpić tatę i mamę. A Wojtka też było mi żal, bo mama totalnie go ubezwłasnowolniła, zrobiła sobie z niego zastępczego „męża”, partnera. A on, napędzany poczuciem winy, miotał się między miłością do mnie i do swojej mamy. *** Kilka szczegółów na prośbę bohaterki zostało zmienionych. Autorka artykułu jest też autorką wydanej niedawno książki "Oddział Zakaźny. Historie bez cenzury" o medykach walczących z pandemii. Stwierdzenie nieważności ślubów w Polsce Data utworzenia: 21 lipca 2020 17:40 To również Cię zainteresuje Nie nadaję się na matkę. Ta myśl towarzyszy mi ostatnio często. Zawsze wtedy gdy zalewa mnie fala frustracji po wylanym przez Hankę soku. Zawsze wtedy gdy po raz kolejny podnoszę głos albo, powiedzmy sobie szczerze – drę ryja jak opętana. Zawsze wtedy gdy daję dziecku karę bo nie mogę doprosić się raz, piąty i dziesiąty, żeby coś zrobiła. Zawsze wtedy gdy na odpieprz mówię „włącz sobie bajki”. Zawsze wtedy gdy syczę przez zęby „zaraz mnie szlag jasny trafi!”. Zawsze wtedy gdy wyję, że już nie chcę być mamą, nie dam rady. Nie nadaję się na matkę. Zawsze wtedy gdy nie chce mi się po raz kolejny tej nocy wstać do płaczącego dziecka. Zawsze wtedy gdy po raz kolejny nie mam siły podnieść uczepionego nogawki niemowlaka. Zawsze wtedy gdy myślę „Co znowu?” przy donośnym „Mamamamama!”. Zawsze wtedy gdy zastanawiam się, po co mi to było? Po co mi to całe macierzyństwo? Po co mi nieprzespane noce, choroby i wieczny foch trzy i pół latki? Zawsze wtedy gdy wiem, że popełniam błędy, których nie chciałam nigdy popełnić. Zawsze kiedy krzyczę w myślach, żeby wszyscy dali mi święty spokój. A czasami na głos. I wtedy przychodzi starsza. Kładzie głowę na kolanach i teatralnym szeptem mówi „Jesteś najlepszą mamunią na świecie”. A potem młodsza robi pierwszy krok. I dziesięć kolejnych, pędząc do mnie na złamanie karku. A kiedy krzyknę, zanosi się śmiechem, rozwalając mój system na łopatki, gasząc całą złość. Wyciąga ręce, gdy jestem w pobliżu i uśmiecha się najszerzej, gdy wychodzę z toalety. Albo starsza na przykład, zapytana kto ma jej towarzyszyć przy pobraniu krwi, mówi „Mamusia. Jasne, że ona!”. I wtedy odbieram Hanisławę z przedszkola. Uśmiecham się szeroko, jak po tygodniowym rozstaniu. Pytam jak minął dzień i czy obiad był smaczny. I o Kacpra też pytam, przyszłego męża pierworodnej. Śpiewamy piosenkę, której mnie nauczyła, ćwiczymy wierszyk przed ważnym dniem. Idziemy za rękę, skaczemy przez kałuże. Moczymy buty i stwierdzamy, że to nic takiego. Że to wszystko jest nieważne. Klaskam najgłośniej na przedstawieniu i płaczę ze wzruszenia. Nagrywam drżącą ręką by wszystkim się pochwalić, nawet wtedy gdy są niespecjalnie zainteresowani. Siedzę w kiblu i oglądam zdjęcia dzieci. Albo wieczorem, gdy już dawno śpią – tęsknię. Tęsknię za chwilami sam na sam ze starszakiem, wyrywam je z zapracowanej codzienności. Mówię, że nic się nie stało gdy ulubiony kubek poszedł w drobny mak. I gdy patrzy na mnie z przerażeniem bo uderzyła niechcący młodszą siostrę. Żądam buziaka, najlepszej karty przetargowej. I wbijam brodę tam, gdzie łaskotki mają swoje epicentrum. I wtedy przychodzi wieczór. Wtapiam nos w świeżo umyte włosy, lulam młodsze do snu. Trochę oszukuję, dając całusa Hance i obiecując, że jak zaśnie to przyjdę dać kolejnego. Chociaż nie. Zawsze wracam. Siadam przy łóżku, liczę oddechy. Zachwycam się gładkością policzków, całuję duży palec u stopy. Przykrywam nagie stópki, wyciągam zagubiony smoczek. Myję butelkę na nocny przydział racji żywieniowej, odliczam sześć miarek mleka. Zaglądam do jednej i kładę się do łóżka po to, by za chwilę wstać. Przecież nie zajrzałam do drugiej. Nie zasnę. I po całym dniu frustracji i zmęczenia, kiedy jedyną opcją jest wystrzelenie się w kosmos myślę, że ja to jednak lubię. To całe macierzyństwo. Ze wszystkimi wzlotami i upadkami. Z każdą nieprzespaną nocą i kręgosłupem w stanie agonalnym. Z wartą przy szpitalnym łóżku i dziecięcym gilem wtartym w ramię. Z każdym fochem, buntem i groźbą kary. Tylko ryja trzeba mniej drzeć i olać wszystkie rozlane soki. Tylko spokój nas uratuje. Ewentualnie wino. SPODOBAŁ CI SIĘ TEN WPIS? BIERZCIE I JEDZCIE Z TEGO WSZYSCY. MOŻESZ ZATEM: Polubić lub/i zostawić komentarz tutaj lub na Fejsiku Nieidealnej. Polubić nasz profil na Facebooku. Zajrzeć do nas na Instagram. Puścić artykuł dalej w świat. * zdjęcie z serwisu matka-nie-idealna Matka Nieidealna. Pisząca z dystansem do macierzyństwa i nutką autoironii. Wszystko co przeczytasz na blogu pisane jest z małym przymrużeniem oka. Skoro tutaj jesteś, to coś Ci musiało zaświtać w głowie, że ten Twój Pan Idealny to czasami w kulki leci ;-) Spokojnie, każdy facet czasami przegina z tą swoją "pracowitością" jednak nasza w tym rola, aby to ukrócić, albo chociaż wyłapać ;) Wiesz, nie oszukujmy się - każdy ma prawo mieć gorszy dzień, i On też. Ale te momenty, o których będzie ten test znasz doskonale - i to może bywa czasami mega męczące i frustrujące, ale jakby nie patrzeć - gdy spojrzymy na to z tej komicznej strony, to można się z nich nieźle uśmiać :-D Test jest tylko dla tych, który potrafią się bawić i rozumieją tego typu konwencję. Którzy również potrafią przymrużyć oko;-) Nie przyjmuję zażaleń - reklamacje w grę nie wchodzą. Bawimy się do końca albo wcale :P Kliknij na NASTĘPNY i przejdź do testu! A później koniecznie podziel się ze mną swoim wynikiem :-) CIAO! - Magda // O autorze szczesliva ■ Mama, po uszy zakochana w mężu Żona, Kobieta z krwi i kości, Estetka jakich mało, dawny podróżniczy Krwiopijca. Wszystko jest na mojej głowie. Wszystko! Gotowanie, pranie, sprzątanie i opieka nad dzieckiem. Mąż nie dość, że ma dwie lewe ręce, kompletnie nie potrafi zająć się naszym maluchem. Są dni, kiedy padam na twarz. Czasami zastanawiam się, czy jestem żoną i matką, czy pełnoetatową opiekunką i sprzątaczką. Nie jestem naiwna. Doskonale wiem, że przy małym dziecku (nasze ma zaledwie pięć lat) jest mnóstwo roboty i na jakiś czas wszystko schodzi na dalszy plan. Pisałam się na to. Nie narzekałabym, gdybym miała w domu jakąkolwiek pomoc. Bo na brak pomocy u męża nie pisałam się na pewno. Czasami zastanawiam się, z kim ja się związałam Okej, przyznaję, na początku, gdy urodziła się Antosia, mąż próbował przejąć część obowiązkowych (i tych domowych, i tych nad dzieckiem). Widziałam, że się stara, ale szybko okazało się, że ma dwie lewe ręce. Potrawy, które przygotował, nie nadawały się do jedzenia dla nas, dorosłych, a co dopiero dla małego dziecka. Zamiast sprzątać, jeszcze bardziej brudził nasze cztery kąty. A pranie? Dzięki mojemu mężowi straciłam kilka ulubionych koszul. Zapomniał, że białego nie łączy się z czarnym. Przyznaję, że to też moja wina. Przed urodzeniem dziecka sama wykonywałam wszystkie prace domowe. Nie przeszkadzało mi to (nawet to lubiłam), gdy miałam trochę wolnego czasu. Teraz, przy dziecku, nie mam go wcale. Liczyłam na pomoc męża. Nie miałam pojęcia, że matka niczego go nie nauczyła! Czasem się zastanawiam, z kim ja się w ogóle związałam. Ale nie to jest dla mnie najgorsze. Mój partner w ogóle nie ma smykałki do dzieci. Nie potrafi niczym zająć naszej Antosi. Zamiast się z nią pobawić, sadza ją przed telewizorem, a sam sięga po swoje ukochane książki. Zamiast ją czegoś nauczyć, mówi: „Zaraz przyjdzie mama, to pokaże ci jak to zrobić”. To nie jest partnerstwo. Naprawdę czuję się, jakbym miała w domu dwójkę małych dzieci. Kiedyś mocno krytykowałam męża Muszę się jeszcze do czegoś przyznać. Tuż po tym, jak urodziłam Antosię, nie do końca radziłam sobie w nowej sytuacji. Nie byłam z tym u żadnego lekarza, więc nie wiem, co mi dolegało, ale (z tego co wyczytałam na różnych forach internetowych) mogłam mieć depresję poporodową. Miewałam dni, kiedy zupełnie nic mi się nie chciało (najchętniej w ogóle nie wychodziłabym z łóżka, ale jakoś się do tego zmuszałam). Czasami nie potrafiłam sobie też poradzić z własną złością. Wylewałam wtedy frustracje na mojego partnera. Krytykowałam każdy jego ruch. Nic mi się nie podobało. Byłam dla niego naprawdę okropna, aż dziw, że ze mną wytrzymał. Ten stan minął, ale boję się, że przez to, co się stało, mój mąż wycofuje się teraz z naszego życia. Już sama nie wiem, czy do niczego się nie nadaje, czy po prostu stresuje go moja obecność i dlatego sobie z niczym nie radzi. Tak czy inaczej, zostałam z tym wszystkim sama. Basia Zobacz też: „Zrozumiałam, że Maciek już nie chce próbować. Ma bezpłodną żonę, tyle w temacie” Urodziłam dziecko z in vitro. A teraz żałuję i nienawidzę za to siebie „Nie twierdzę, że ideały nie istnieją, jednak ja srodze się na mojej teściowej zawiodłam”

on się na męża nie nadaje tekst